Artykuły. Pro Vita.

Pierwszy z cyklu wywiadów z założycielem fundacji ProVita - Zbigniewem Wierzbińskim

Prowadzący rozmowę: Dowiaduje się Pan, że jest adoptowany. Co się dzieje z człowiekiem po przetworzeniu takiej informacji?

Zbigniew Wierzbiński: Grunt usuwa się spod nóg. Czujesz się wręcz rozhisteryzowany. W moim przekonaniu ważny jest wiek, w którym dowiadujesz się o byciu dzieckiem adoptowanym. Ja dowiedziałem się już jako niemalże dorosły mężczyzna – w I klasie liceum. Tym gorsze było to dla mnie, że czułem pewnego rodzaju skrępowanie, żeby porozmawiać z rodzicami adopcyjnymi. Tak naprawdę nie miałem z kim porozmawiać, nie miałem komu powiedzieć. Może też dlatego, mówiąc kolokwialnie, sprzedałem tę informację dwóm kolegom z klasy. Niestety, spotkała mnie w związku z tym niemiła niespodzianka, albowiem matka jednego z kolegów wyznała, że wiedziała o mojej sytuacji. Niesamowicie zabolała myśl, że osoba trzecia, obca dla mnie, WIE. Od tamtej pory nie opuszczała mnie już myśl ,,jesteś adoptowany”.

PR: Czy od razu przyszła myśl: kim są moi rodzice biologiczni? Pojawiła się od razu pokusa ich odszukania?

ZW: Taka myśl pojawiła się jako druga. W pierwszej chwili poczułem się zdradzony, przez ,,Tą”, która mnie oddała. Natomiast wracając do tego kim są prawdziwi rodzice, sam nie wiem. Nie potrafiłem porozmawiać o tym z matką adopcyjną, nie wiedziałem od czego rozpocząć poszukiwania. Na pewno pamiętam dokładnie jedno uczucie, które temu towarzyszy: c i e k a w o ś ć !

PR: W jakich okolicznościach dowiedział się Pan o adopcji? Były jakieś podejrzenia?

ZW: To był zupełny przypadek. Szukałem papierosów (był to czas kiedy od czasu do czasu popalałem) i w ramach grzebania w szufladzie rodziców, znalazłem akt urodzenia. Mój akt urodzenia. Jak przez mgłę pamiętam, że musiały tam gdzieś też być dokumenty sądowe i notarialne.

PR: Jak wygląda dalsze życie z taką informacją?

ZW: W moim przypadku, myśl ta całkowicie mną zawładnęła. Myśli zabijały skupienie i nie pozwalały się skoncentrować. Odbiło się to na szkole. Od zawsze byłem prymusem, miałem same piątki na świadectwie. Od tego przełomowego momentu, zaliczyłem pierwszą dwóję, stałem się przeciętnym uczniem. Blisko 2 lata zajęło mi, aby powrócić do tego co było przed.

PR: A czy próbował Pan rozmawiać o tym z matką adopcyjną?

ZW: Owszem, powiedziałem to mojej adopcyjnej matce. Ona jednak unikała tematu. Mogę powiedzieć, że nie pomogła mi się z tym wszystkim uporać, chciała zwyczajnie pozbyć się tematu. Zakładam, że to nie jest prosta sprawa zarówno dla dzieci, jak i rodziców…. Niemniej jednak z perspektywy czasu zauważam, jak ważne jest zrozumienie i podejście rodzica adopcyjnego (o czym nawet ostatnio napisałem artykuł). Najbardziej przykrą kwestią było to, że moja matka adopcyjna próbowała zdyskredytować w moich oczach matkę biologiczną. Pamiętam, że powiedziała coś złego na jej temat. Wtedy bardzo mnie to zabolało – fakt, że zaatakowała ,,moją matkę”.

PR: Mówi Pan o tym jak ważne jest podejście rodzica do dziecka, które dowiaduje się o byciu adoptowanym. Czy nie próbował Pan powracać do tego tematu? Aż ciężko uwierzyć, że rodzina może nadal normalnie funkcjonować z taką niewyjaśnioną, nieomówioną sprawą…

ZW: Wielokrotnie starałem się powracać do tematu. Nie przyniosło to jednak żadnego efektu. Słusznie Pani zauważa, że rodzina po takim czymś nie może już w stu procentach właściwie funkcjonować. Muszę uczciwie przyznać, że relacje pomiędzy nami zaczęły się psuć. Był to dla mnie czas swego rodzaju wstrząsu, który trwał długo, bo blisko 40 lat – a zakończył się dopiero ze znalezieniem matki biologicznej i jej rodziny. I na zakończenie naszej rozmowy chciałbym powiedzieć, że uważam, że to błąd, iż adoptowani nie szukają swoich korzeni. Co prawda kiedy dowiedziałem się o tym, kto jest moją biologiczną matką, było już za późno, bowiem nie żyła. Ale spotkałem się z Nią przy Jej grobie wraz z odnalezionym przyrodnim bratem i siostrą. Przyszedł dzień, że Jej wybaczyłem, oczyściło mnie to i pomyślałem sobie: ,,odnalazłem już wszystko” – odtąd jestem spokojny.

cdn