Artykuły. Pro Vita.

Zbigniew Wierzbiński - założyciel fundacji ProVita dzieli się z nami doświadczeniami w kolejnym wywiadzie.

Prowadzący rozmowę: Nasza ostatnia rozmowa dotyczyła poszukiwań biologicznych rodziców. Dziś chciałabym również porozmawiać o poszukiwaniach, niemniej jednak w kontekście bardziej – może nieładnie to nazwę – ,,technicznym”. Od początku – jak zacząć szukanie?

Zbigniew Wierzbiński: Najprostszym sposobem jest uzyskanie odpisu zupełnego aktu urodzenia, w którym zawarte są nasze kompletne dane. W zupełnym odpisie znajdą się imię i nazwisko matki biologicznej i ojca, gdy ten jest ustalony, a także data urodzenia matki biologicznej. Poza tymi danymi, w akcie odnaleźć można numer sprawy sądowej, na podstawie której zostaliśmy oddani do adopcji. Kiedyś w tym całym postępowaniu był między rodzicami adopcyjnymi a biologicznymi notariusz. Nie umiem powiedzieć bliżej jaki był zakres działania notariusza. Wiem jedynie, że postępowanie w przedmiocie adopcji było uproszczone.

PR: A jak to było w Pana przypadku? Postępowanie przeprowadzono równie szybko?

ZW: Z akt sądowych wynikało, że zawiadomienie o terminie zostało wysłane do matki – nie podjęte w terminie – i Sąd przeprowadził tę adopcję. Raz, dwa i … już miałem nowych rodziców.

PR: Wracając jednak do samych informacji, czego należy w nich szukać?

ZW: Adresu zamieszkania matki. Na podstawie tych danych możemy udać się do tego wskazanego miejsca i liczyć na to, że trafi się na jakieś osoby, które miały kontakt, czy też znały naszego rodzica biologicznego. Jest to jeden i najprostszy sposób.

PR: W takim razie, jakie są kolejne możliwości?

ZW: Jeśli nie ustalimy adresu zamieszkania, warto skorzystać z pójścia po informacje do szpitala, w którym przyszliśmy na świat. Powinna się tam znajdować dokumentacja z informacjami o matce. Trzecim sposobem jest wizyta u księdza. Tam znajdują się nasze dokumenty z chrztu. I znów te same dokumenty, ale dodatkowo informacje o rodzicach chrzestnych. To wbrew pozorom bardzo ważne źródło informacji.

PR: Każda z opisanych przez Pana możliwości polega na docieraniu do dokumentów, pozyskiwaniu informacji. Czy napotkał Pan w związku z tym jakiekolwiek problemy?

ZW: Nigdy nie spotkałem się ze sprzeciwem odnośnie udostępnienia informacji. Myślę, że w takich kwestiach możemy liczyć na pewną otwartość i pomoc ludzi. Co jest też ciekawe, w małych miejscowościach warto wypytywać nauczycieli, listonoszy (śmiech). Wiem, że to może wydawać się absurdalne, jednak w niewielkich miejscowościach ludzie się znają od kilku pokoleń, przesiadują przed domami, plotkują... Niekiedy znają tajemnice innych.

PR: A jeśli te wszystkie opisane przez Pana sposoby zawiodą?

ZW: Wtedy pozostaje urząd (biuro meldunkowe, a dzisiaj Centrum Personalizacji Dokumentów MSWiA). Z tym też jest problem, bowiem numery PESEL istnieją dopiero od lat ’80. Teraz to wszystko wydaje się być oczywiste: jak szukać, gdzie szukać. Ale osoba, której to dotyczy, ma pewną blokadę. W moim wypadku wszystkie przywołane sposoby zawiodły.

PR: Z jakiego powodu?

ZW: Banalnego – błędu w danych o dacie urodzenia matki biologicznej.

PR: Tak, tak… z ostatniej rozmowy wiemy, że jednak poszukiwania zakończyły się sukcesem. A czy korzystał Pan z pomocy przy poszukiwaniach? Pomocy innych osób, instytucji?

ZW: W zasadzie wszystko starałem się zrobić sam. Żadna z instytucji mi w tym nie pomagała. Niemniej muszę przyznać, że w każdym z miejsc spotykałem się z życzliwością. Początkiem jest wola poszukiwania. Zawsze łatwiej korzystać z pomocy. Państwo od pewnego czasu ograniczyło dostęp do informacji o rodzicach biologicznych zarówno w kontekście adopcji, jak i in vitro. Owszem, są stowarzyszenia, które udzielają wskazówek (chociażby jak nasza fundacja ProVita).

PR: Powiedział Pan, że dostęp do informacji o biologicznych rodzicach jest utrudniony. Czy uważa Pan, że dane te powinny być zachowane, dostępne?

ZW: Jak najbardziej. Dzieci mają prawo wiedzieć kto jest ich ojcem, kto jest ich matką. Życie pokazuje, że ta ,,niewiedza” może doprowadzić do sytuacji trudnych ze zbudowaniem na nowo swojej tożsamości.  

PR: Z perspektywy czasu, czy warto skorzystać z jakiejś pomocy, zwrócić się do kogoś kto wszystko za nas załatwi, czy samemu trzeba przejść taki proces? Proces, który pozwoli na zrozumienie pewnych kwestii?

ZW: Jestem w pełni przeświadczony, że lepiej jest to zrobić samemu! Fundacje Tobie pomogą, ale nie będą szukać za ciebie. Nie ma wyspecjalizowanych instytucji, które by się tym zajęły. Trudno jest mi to sobie wyobrazić. ,,Poszukujący” jest na tyle ,,ciekawy – podekscytowany”, że musi przez ten proces przejść sam.

PR: I nigdy nie korzystał Pan z pomocy?

ZW: Przyznam, że skorzystałem raz jeden. Dotyczyło to jednak nie samego poszukiwania matki biologicznej, a utworzenia drzewa genealogicznego rodziny adopcyjnej, rozpisania całej rodziny. Przy okazji chciałbym dodać, że przez proces poszukiwania trzeba przejść samemu, uzyskane informacje układają się jak puzzle. Najpierw nic nie widać, a następnie, z czasem złożymy jeden wielki obraz – czy będzie ładny? To się przekonamy.

PR: Pięknie powiedziane. Czyli za nas nikt nie odrobi tej lekcji. Dziękuję za rozmowę.